Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski Krzyż Wolności i Solidarności Odznaka Honorowa Działacza Opozycji lub Osoby Represjonowanej Złota Odznaka za Zasługi Konfederacji Polski Niepodległej Solidarność - KPN

Okoliczności śmierci

Kolejność chronologiczna. Podane informacje potwierdzone zostały - gdzie tylko było to możliwe - stosownymi dokumentami z zasobów archiwalnych IPN, publikacjami oraz cytatami z wypowiedzi świadków. Z przedstawionych dokumentów - tam gdzie było to konieczne - usunięto dane osobowe osób trzecich oraz inne informacje o charakterze prywatnym.




Zgromadzone dokumenty, zeznania świadków i inne materiały źródłowe ukazują, że wobec Jacka Jerza - z polecenia kierownictwa Wydziału II Departamentu III MSW - podjęto decyzję o zwolnieniu z internowania z jednoczesnym zleceniem przygotowania przeciwko niemu "przedsięwzięcia specjalnego", a zatem zwolniono go z internowania po to, by owo "przedsięwzięcie specjalne" przeprowadzić wobec niego na wolności, poza ośrodkiem internowania. Po kilku tygodniach od zwolnienia, Jacek Jerz spotkał działającego w zarządzie radomskiej "Solidarności" tajnego współpracownika SB i w trakcie tego spotkania poczęstowany został herbatą. Był to tajny współpracownik tego właśnie wydziału III SB, któremu zlecono przeprowadzenie "przedsięwzięcia specjalnego" przeciwko J. Jerzowi, a zarazem ta sama osoba, która wcześniej występowała w kombinacji operacyjnej SB przeciwko Annie Walentynowicz (próbie podania jej poprzez tego właśnie tajnego współpracownika rozpuszczonego w herbacie środka farmakologicznego). W niespełna godzinę po tym spotkaniu, zdążywszy jedynie wrócić do domu, Jacek Jerz zmarł nagle w wieku 38 lat.

Zachowane dokumenty ukazują również celowe opóźnienie sekcji zwłok i liczne nieprawidłowości w jej trakcie, doprowadzenie do zniszczenia pobranych podczas sekcji próbek przed ich zbadaniem, działania dezinformacyjne, błyskawiczne zamknięcie sprawy i zarchiwizowanie jej akt z zakazem dostępu do nich przez wszystkie inne jednostki, a wkrótce potem ich wybrakowanie. Obrazu tego dopełniają zeznania złożone przez byłego funkcjonariusza radomskiej SB, że planowała ona takie działania wobec trzech osób, w tym właśnie Anny Walentynowicz oraz jednego z liderów radomskiej opozycji.

Tworzy to spójny i kompletny łańcuch wydarzeń, które szczegółowo przedstawiamy poniżej.



XI.1982 - Nagłe dążenie do zwolnienia z internowania po rozmowie z kierownictwem Departamentu III MSW

Przez cały okres internowania Jacka Jerza opracowano na jego temat dziesiątki opinii i notatek służbowych, wszystkie skrajnie negatywne i podkreślające każdorazowo konieczność dalszego odosobnienia ze względu na "nieprzejednanie wrogą postawę" oraz wolę kontynuowania działalności w KPN. Sytuacja taka utrzymywała się również w listopadzie 1982 r. - jeszcze w dniu 2 listopada 1982 r. sporządzono notatkę służbową wnioskującą o dalsze internowanie i nie stwierdzającą ku temu żadnych przeciwwskazań (np. zdrowotnych):

"Biorąc pod uwagę aktualną sytuację społeczno-polityczną (tworzenie się nowych związków zawodowych) wydaje się celowym przedłużenie jego pobytu w ośrodku internowania, ponieważ w dogodnej sytuacji może inspirować do podejmowania inicjatyw godzących w porządek prawny PRL."


Niespełna dwa tygodnie po tej notatce, w połowie listopada 1982 r., miała miejsce rozmowa telefoniczna szefostwa radomskiej SB z Naczelnikiem Wydziału II Departamentu III MSW dotycząca Jacka Jerza. Natychmiast po tej rozmowie sporządzono i wysłano do MSW nową notatkę służbową (datowaną 16.11.1982), zawierającą tę samą skrajnie negatywną opinię, lecz kończącą się zaskakującym (i zupełnie sprzecznym z jej treścią) wnioskiem by J. Jerza zwolnić z internowania, rzekomo z powodu "bardzo złego stanu fizycznego i psychicznego, i choćby dlatego internowanie wobec niego winno być uchylone". Tego rzekomego "bardzo złego stanu fizycznego i psychicznego" (ani żadnych innych czynników mogących przemawiać za uchyleniem internowania) nie odnotowano w poprzedniej notatce z 2.11.1982 r. (sprzed rozmowy z MSW) gdzie kategorycznie zalecano dalsze internowanie. Był to powód ewidentnie fałszywy i groteskowy - rzekoma troska SB o stan zdrowia osoby, którą niewiele wcześniej skatowano w "ścieżkach zdrowia" podczas pacyfikacji protestu internowanych w ZK Kwidzyn, a w chwili zwolnienia z internowania ponownie pobito "na do widzienia", świadczy co najwyżej o tym, że potrzebowano wpisać jakiekolwiek uzasadnienie.


Kolejne 2 tygodnie później, 3 grudnia 1982 r., powstała następna notatka służbowa, zawierająca równie skrajnie negatywną opinię co poprzednio (w tym m.in. że "prezentował i nadal zajmuje nieprzejednanie wrogą postawę polityczną", "w trakcie internowania przyjmował najbardziej aktywną postawę, a wszelkie fakty zbiorowych protestów internowanych podejmowane były z jego inicjatywy", itp.) i ponownie kończąca się - całkowicie sprzecznym z jej treścią - zaleceniem uchylenia internowania - tym razem rzekomo ze względu na "odnawiającą się chorobę polipów nosa".


Notatka o tej samej treści została następnie przedstawiona szefowi radomskiej SB płk. Stefanowi Ostapińskiemu jako wniosek o zwolnienie J. Jerza z internowania. Ostapiński dostrzegł jej całkowicie sprzeczne z treścią uzasadnienie, co musiało go zirytować, gdyż własnoręcznie dopisał na marginesie (strona 2 notatki) uwagę:

"Z powyższego wcale nie wynika, że powinien być zwolniony z internowania - raczej na odwrót!"


Uznawszy, że jego podwładni nie potrafią wymyślić sensownego i wiarygodnego powodu zwolnienia, szef radomskiej SB sam wymyślił i w nagłówku notatki w formie dekretacji własnoręcznie wpisał jeszcze inny (już trzeci w ciągu 2 tygodni) rzekomy powód uchylenia internowania:

"Wniosek o zwolnienie akceptuję. Ze względu na brak materiałów do wszczęcia postępowania karnego istnieje konieczność zwolnienia J.J. z internowania."


Ów rzekomy "brak materiałów do wszczęcia postępowania karnego" to powód również całkowicie fałszywy. Przeciwko J. Jerzowi już w listopadzie 1981 r. wszczęte zostały aż dwa śledztwa prokuratorskie połączone następnie w jedno wspólne postępowanie karne przekazane do prowadzenia Prokuraturze Wojskowej Okręgu Warszawskiego, w którym Jerzowi przedstawiono ciężkie zarzuty i stwierdzono, że jego działalność wypełniła znamiona art. 123 kk, tj. zbrodni próby obalenia przemocą ustroju PRL (patrz dział "Represje"). Postępowanie to było w toku (umorzono je dopiero w dniu jego śmierci), a szef SB miał tego pełną świadomość, gdyż to na jego wniosek zostało ono wszczęte (nakazał mu je w listopadzie 1981 r. wiceminister MSW Ciastoń szyfrogramem przesłanym na jego ręce). O tym postępowaniu i postawionych w nim zarzutach informowała również w/w notatka z 2.11.1982 r. Wymyślony przez Ostapińskiego powód nie był więc co prawda tak rażąco sprzeczny z treścią skrajnie negatywnej opinii jak w przypadku jego podwładnych, ale nadal całkowicie nieprawdziwy. Widać zatem wyraźnie, że potrzebę zwolnienia J. Jerza starano się uzasadnić "na siłę".

Należy również zwrócić uwagę na wielokrotnie podkreślone w dekretacji Ostapińskiego słowo "konieczność" (zwolnienia z internowania) - wskazuje ono jak pilnie dążono do wypuszczenia Jacka Jerza na wolność.

Reasumując, to rozmowa telefoniczna z kierownictwem Departamentu III MSW spowodowała nagłą zmianę stanowiska i pilne dążenie do zwolnienia J. Jerza. Choć jeszcze w pierwszej połowie listopada 1982 r. kategorycznie zalecano dalsze internowanie, natychmiast po tej rozmowie (i w nawiązaniu do niej, co zostało zaznaczone w piśmie do MSW) powstała pierwsza notatka wnioskująca o zwolnienie, a w ciągu dwóch tygodni dwie kolejne. Widać w nich duży pośpiech i poważne problemy z logicznym umotywowaniem zwolnienia osoby jawnie deklarującej chęć natychmiastowego podjęcia dalszej działalności, gdyż w żadnej z notatek nie złagodzono nawet skrajnie negatywnej opinii (która nawet w ocenie szefa SB wskazywała na potrzebę dalszego odosobnienia a nie zwolnienia), a jedynie na jej końcu podmieniono dotychczasowe zalecenie dalszego internowania na (całkowicie sprzeczny z jej treścią i oparty na fałszywych powodach - w każdej z tych notatek innych) wniosek o zwolnienie. Wielokrotnie podkreślone słowo "konieczność" (zwolnienia) w decyzji Ostapińskiego ukazuje, że sprawa miała dla SB charakter ważny i pilny.



Decyzja o zwolnieniu z internowania z jednoczesnym rozkazem przeprowadzenia "PRZEDSIĘWZIĘCIA SPECJALNEGO"

W opisanej wyżej dekretacji na wniosku o zwolnienie (wniosek datowany 3.12.1982 r. zaś sama dekretacja 7.12.1982 r.), wielokrotnie podkreślając "konieczność" zwolnienia Jacka Jerza z internowania (i uzasadniając to fałszywym powodem), szef SB w Radomiu płk. Stefan Ostapiński wyraził zgodę na zwolnienie z internowania, jednocześnie rozkazując "przygotowanie przedsięwzięcia specjalnego zleconego Naczelnikowi Wydziału III około 2 tygodnie temu". Pełna treść jego dekretacji brzmi następująco:

"Wniosek o zwolnienie akceptuję. Ze względu na brak materiałów do wszczęcia postępowania karnego istnieje konieczność zwolnienia J.J. z internowania.

Wydział III jest zobowiązany opracować plan operac. zabezp. dopływu informacji o J.J. po jego powrocie z internowania, a ponadto przygotować przedsięwzięcie specjalne, które zleciłem nacz. Wydz. III około 2 tygodnie temu."


"Około 2 tygodnie temu" oznacza więc, że owo "przedsięwzięcie specjalne" szef SB zlecił Wydziałowi III SB zaraz po rozmowie telefonicznej z kierownictwem Departamentu III MSW, jednocześnie z podjęciem kroków zmierzających do zwolnienia J. Jerza z internowania. A zatem to właśnie w tej rozmowie z MSW zadecydowano by J. Jerza zwolnić z internowania (natychmiast po niej stworzono i wysłano do MSW pierwszą notatkę wnioskującą o zwolnienie) - po to, by na wolności przeprowadzić przeciwko niemu "przedsięwzięcie specjalne" zlecone zaraz po tej rozmowie.

Jacek Jerz został zwolniony z internowania w dniu 19.12.1982 r., do domu dotarł 20.12.1982 r. Zmarł nagle zaledwie miesiąc później.

Dodać również należy, że to właśnie w połowie listopada 1982 r., tj. dokładnie w tym samym czasie co rozmowa radomskiej SB z Departamentem III MSW i wszystkie opisane wyżej towarzyszące jej działania, miał miejsce poważny wypadek samochodowy żony i syna Jacka Jerza powracających od niego z widzenia w Kwidzynie, którego okoliczności wskazują, że nie był dziełem przypadku (patrz dział "Represje") - taką zbieżność tych wydarzeń również trudno zignorować.




31.I.1983 - Spotkanie z tajnym współpracownikiem SB w Radomiu bezpośrednio przed śmiercią

W grudniu 1982 r. Jacek Jerz otrzymał wymówienie z pracy z miesięcznym okresem wypowiedzenia i oddelegowaniem na ten okres do filii ZETO w Kielcach, dokąd musiał codziennie dojeżdżać pociagiem. Dzień jego śmierci (31.01.1983 r.) był ostatnim dniem okresu wypowiedzenia. Godziny pracy w tym dniu J. Jerz spędził w ZETO w Kielcach załatwiając formalności związane z swoim odejściem, a następnie udał się na pociąg powrotny do Radomia. Jak zdążył jeszcze przekazać przed śmiercią rodzinie po powrocie do domu, od chwili wyjścia z pracy był w tym dniu na terenie Kielc pilnowany przez SB jak nigdy dotąd - nie odstępowano go na krok, nawet wewnątrz kościoła gdzie wstąpił na modlitwę gdy dowiedział się, że odjazd pociągu do Radomia nastąpi ze znacznym opóźnieniem. Śledzono go do chwili gdy upewniono się, że wsiadł do pociagu i odjechał w kierunku Radomia. Ewidentnie, SB szczególnie zależało w tym dniu na upewnieniu się kiedy odjedzie z Kielc, a zatem kiedy dokładnie dotrze pociągiem do Radomia.

Uwzględniając opóźnienie pociągu, J. Jerz dotarł na radomski dworzec PKP najprawdopodobniej około godz. 18:00. Do domu (dokąd przejście pieszo z dworca zajmowało około 15-20 minut) dotarł dopiero przed godz. 19:30, a więc po około półtorej godziny. Zapytany przez żonę o powód tak późnego powrotu poinformował o opóźnieniu pociągu oraz że "wstąpił jeszcze na herbatę". Poza odwołanym telefonicznie jeszcze z Kielc (z powodu opóźnienia pociągu) spotkaniem z Andrzejem Sobierajem (umówili się na ponowny kontakt telefoniczny po powrocie J. Jerza do domu), nie planował w tym dniu innych spotkań. Jeśli takowe miało miejsce po jego powrocie do Radomia, musiało być przypadkowe lub zaaranżowane - do czego najpewniej niezbędne byłoby właśnie tak intensywne śledzenie na terenie Kielc, a więc upewnienie się przez SB kiedy dokładnie pojawi się na dworcu w Radomiu.

Do 2017 r. dalsze wydarzenia - od przyjazdu na dworzec PKP w Radomiu do chwili powrotu do domu (a więc w okresie około 1,5 godziny) - nie były znane. Dopiero w maju 2017 r., zeznający jako świadek w toczącej się wówczas w Radomiu sprawie dotyczącej próby otrucia przez SB śp. Anny Walentynowicz, były radomski działacz "Solidarności" i KSS KOR oświadczył (co następnie złożył na piśmie w Prokuraturze IPN), że bezpośrednio przed swoją śmiercią Jacek Jerz spotkał na radomskim dworcu PKP tajnego współpracownika Wydziału III SB działającego w radomskiej "Solidarności" (wskazanego przez świadka z imienia i nazwiska - tego samego, który w 1981 r. występował w kombinacji operacyjnej Wydziału III SB mającej na celu podanie śp. Annie Walentynowicz rozpuszczonego w herbacie środka farmakologicznego o kryptonimie "Furosemid") i w czasie tego spotkania wypił z nim herbatę. Po tym spotkaniu zdążył już tylko wrócić do domu, gdzie po około pół godziny nastąpił jego nagły zgon.

Od zakończenia opisanego przez świadka spotkania (i spożycia herbaty) ze wskazanym przez niego tajnym współpracownikiem SB (uwzględniając mniej niż pół godziny potrzebne na dojście do domu) do momentu rozpoczęcia agonii J. Jerza (około 30 minut po powrocie do domu) upłynęła zatem mniej niż jedna godzina (a w sumie około dwóch godzin od rozpoczęcia tego spotkania).

Jak zeznał świadek, wiedzę na temat tego spotkania i poczęstunku herbatą posiadał już od 1.02.1983 r. (nazajutrz po śmierci J. Jerza) bezpośrednio od tej osoby (z którą blisko współpracował w KSS KOR), jednak dotąd w fakcie tego spotkania nie widział niczego istotnego. Dopiero zapoznanie się ze sprawą Anny Walentynowicz, sposobem w jaki miał jej być podany środek farmakologiczny oraz kto miał tego dokonać, nasunęły mu oczywiste skojarzenia, o których niezwłocznie poinformował kilku czołowych działaczy radomskiej "Solidarności" (m.in. Jana Rejczaka oraz Bronisława Kawęckiego) a następnie Prokuratora IPN. Informacje przez niego podane zgadzają się z tym co po powrocie do domu zdążył jeszcze powiedzieć przed śmiercią rodzinie J. Jerz, tzn. że wrócił do domu później gdyż "pociąg miał opóźnienie i wstąpił jeszcze na herbatę" (tak oględna forma wynikała z tego, że w mieszkaniu w rozmowach nie podawało się wówczas szczegółów gdyż było wiadome, że znajdują się w nim podsłuchy). Napotkanie tajnego współpracownika zaraz po przyjeździe, na radomskim dworcu PKP, w kontekście tak intensywnego pilnowania przez SB w tym dniu na terenie Kielc sugeruje, że miało to na celu zaaranżowanie tego spotkania.

Należy podkreślić, że wskazany przez świadka tajny współpracownik prowadzony był przez Wydział III SB, czyli właśnie ten, któremu szef SB w Radomiu zlecił przeprowadzenie przeciwko J. Jerzowi "przedsięwzięcia specjalnego". Był to zarazem ten sam wydział, który realizował (na szczęście nieudaną) kombinację operacyjną z użyciem "Furosemidu" (co mogło być jedynie kryptonimem dla innej substancji) przeciwko Annie Walentynowicz, z planowanym wykorzystaniem do jego podania właśnie tego tajnego współpracownika. Środek ten planowano podać Annie Walentynowicz rozpuszczony w herbacie, którą - w świetle zeznania świadka - również spożyto na spotkaniu bezpośrednio poprzedzającym nagłą śmierć J. Jerza.

Według dokumentacji medycznej środka "Furosemidum", początek jego działania następuje po ok. 1 godzinie, zaś maksimum działania osiąga po około 2 godzinach od podania doustnego, co odpowiada różnicy czasu pomiędzy opisanym przez świadka spotkaniem (~ 18:00 ~ 19:00) a początkiem agonii (ok. godz. 20:00). Jednorazowe podanie dawki ~200 mg tego farmaceutyku może spowodować spadek ciśnienia krwi prowadzący do zaburzenia rytmu serca i zapaści, zaś większa dawka może wywołać ciężkie niedociśnienie tętnicze i w jego wyniku zgon.

Po otrzymaniu w/w zeznań, Prokurator IPN przesłuchał tego tajnego współpracownika SB w charakterze świadka na okoliczność owego spotkania. Osoba ta zasłoniła się niepamięcią we wszystkich tych kwestiach, które mogłyby ją wiązać ze śmiercią J. Jerza - nie pamiętała nie tylko faktu takiego spotkania (choć nie zaprzeczyła, że mogło mieć miejsce), ale nawet tego czy współpracowała wówczas z SB. Pamiętała natomiast z tego okresu wszystkie te osoby i wydarzenia, które nie stanowią dla niej obciążenia i ukazują ją jako działacza opozycji a nie agenta SB, w tym takie szczegóły jak to, że gdy 36 lat temu zmarł Jacek Jerz "było zimno na dworze".




Nieprawidłowości w trakcie akcji reanimacyjnej i po śmierci

Agonia J. Jerza rozpoczęła się zaledwie około pół godziny po powrocie do domu. Zdążył zamienić kilka zdań po wejściu i zasiąść do stołu, po czym osunął się na ziemię i stracił przytomność, której już nie odzyskał.

Reanimacja rozpoczęła się natychmiast, gdyż w ciągu zaledwie kilku minut na miejsce przybiegli mieszkający po sąsiedzku (w tym samym bloku) dwaj znani radomscy lekarze i błyskawicznie rozpoczęli akcję reanimacyjną. Jednocześnie wezwana została reanimacyjna karetka pogotowia. Prowadzący od samego początku reanimację dr Andrzej Urbanowicz określił stan Jacka Jerza jako bardzo nietypowy - natychmiastowa, nieustanna reanimacja nie przynosiła żadnej, nawet chwilowej poprawy, a organizm w jego opinii stwarzał takie wrażenie jakby był zatruty, negatywnie reagując na podawane środki farmakologiczne stosowane w reanimacji. Wielokrotnie wypowiadając się później w tej sprawie (np. w filmie TVP na temat okoliczności śmierci J. Jerza "Milczący świadkowie. Zadanie specjalne: Wyrok"), określał tę śmierć jako nagłą, lecz w jego ocenie "zbyt nagłą". Żadnej poprawy, nawet chwilowej, nie przyniosła również intubacja, defibrylacja i podanie kolejnych środków farmakologicznych po przybyciu reanimacyjnej karetki pogotowia ze specjalistycznym sprzętem. Po ponad dwóch godzinach nieustannej walki o życie Jacka Jerza, zarówno przez mieszkających po sąsiedzku lekarzy jak i załogę karetki pogotowia, o godzinie 22:00 orzeczono zgon.

Nietypowym zjawiskiem po śmierci zapamiętanym przez rodzinę było sączenie się białawej substancji z nosa i kącików ust. Substancja ta wydobywała się stale i dość obficie i trzeba było ją regularnie wycierać chusteczką. Miało to miejsce nawet na drugi dzień, po kilkunastu godzinach od zgonu, gdy ciało zabierane było z domu do zakładu pogrzebowego.



Liczne nieprawidłowości przy sekcji zwłok - dwudniowe opóźnienie sekcji, zaniechanie badań toksykologicznych, doprowadzenie do rozkładu gnilnego próbek przed ich zbadaniem

Przybyły na miejsce zgonu Prokurator Rejonowy - mimo wielokrotnych żądań rodziny i tłumnie już zgromadzonych działaczy "Solidarności" z Andrzejem Sobierajem na czele - kategorycznie odmówił wykonania sekcji zwłok. Jak zapisano lakonicznie w dokumentach SB, "odstąpił od sekcji zwłok, pozostawiając ciało rodzinie". Następnego dnia szef radomskiej SB sporządził wniosek o wykonanie sekcji zwłok, ale przeprowadzono ją dopiero kolejnego dnia, tj. 2.02.1983 r., już po wydaniu zgody na pochówek i przygotowaniu ciała do pogrzebu. W ten sposób opóźniono sekcję zwłok o dwa dni.


Do udziału w sekcji zwłok nie dopuszczono żadnego z niezależnych lekarzy (nawet w charakterze obserwatora) postulowanych przez rodzinę i działaczy "Solidarności". Odsunięto również szanowanego i cieszącego się zaufaniem radomskiego patomorfologa dr Fundowicza, który rutynowo wykonywał wówczas większość badań sekcyjnych i wyrażał gotowość do udziału w tej sekcji. Wykonał ją skład wskazany przez władze, prawdopodobnie pod kierunkiem lub nadzorem funkcjonariuszy MSW z Warszawy, gdyż oczekujący na zwrot ciała w prosektorium działacze "Solidarności" wielokrotnie widzieli tam osoby w mundurach MSW z narzuconymi na nie kitlami.

W swoim spisanym bezpośrednio po śmierci J. Jerza i kolportowanym w drugim obiegu na terenie woj. radomskiego "Wspomnieniu pośmiertnym o Jacku Antonim Jerzu" działacz radomskiej "Solidarności" i KOWzP (i bezpośredni świadek i uczestnik tych wydarzeń) Piotr Kozakiewicz zapisał:

"Ludzie w mieście zaczęli mówić o tym. Dlatego też prokurator zarządził, pomimo wydanego już pozwolenia na pochowanie ciała, sekcję zwłok i zabrano już przygotowane ciało z cmentarza do prosektorium. Specjalnie dobrany zespół lekarzy wydał orzeczenie, które oczyszcza władze od zarzutu pośredniego spowodowania śmierci. [...] Znany jest fakt dobierania składu komisji, gdzie np. wyeliminowano z niej znanego lekarza dr Fundowicza."


Mimo że sekcja zwłok zarządzona została w obliczu powszechnych pogłosek o otruciu oraz - w świetle oficjalnych uzasadnień podanych przez szefa SB płk. Ostapińskiego w dokumentacji - "aby zapobiec możliwości wykorzystania faktu śmierci do celów propagandowych przez opozycję polityczną i zachodnie środki masowego przekazu w zamiarze dyskredytowania władz PRL i organów ścigania" (a zatem by zanegować oskarżenia o możliwość spowodowania śmierci przez władze) - nie przeprowadzono żadnych badań toksykologiczno-chemicznych. Zeznająca po latach przed Prokuratorem IPN patomorfolog, która podpisała się pod wynikami sekcji zwłok oświadczyła, że nie wykonała badań toksykologicznych gdyż w trakcie oględzin zewnętrznych i wewnętrznych zwłok "nic nie wskazywało na podejrzenie otrucia". Stanowisko to jednoznacznie zanegował powołany przez Prokuratora IPN biegły sądowy patomorfolog, który w swojej opinii stwierdził, że "w przypadku podania takich środków jak Furosemid, nawet w dużych dawkach, nie występują żadne charakterystyczne zmiany morfologiczne dające się zauważyć w badaniu zarówno sekcyjnym jak i mikroskopowym, a więc potwierdzić lub wykluczyć przyjęcie takich środków może jedynie przeprowadzenie badania toksykologicznego". Innymi słowy, badania tego nie można zaniechać na podstawie rzekomego "braku oznak", gdyż takowe przy podaniu tego typu substancji nie występują i jedynie samo badanie toksykologiczne może je wykryć lub wykluczyć.


Jedynymi pobranymi w trakcie sekcji próbkami, które podlegały zewnętrznemu badaniu, a więc mogłyby stanowić dowód i ewentualnie ujawnić obecność toksyn w płynach ustrojowych, były - wymagane przez prawo - rutynowe próbki moczu i krwi na zawartość alkoholu. Z przesłaniem tych próbek do badania w Instytucie Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie zwlekano tak długo, że po ich otrzymaniu w dniu 24 lutego 1983 r. - tj. po 22 dniach od sekcji zwłok (24 dni po śmierci) - kierownik Pracowni Trucizn Lotnych tego instytutu stwierdził ich stadium posuniętego rozkładu gnilnego.


Stworzono zatem sytuację, w której wyłącznie to co ów dobrany przez władze zespół zapisał w protokole sekcji zwłok, stanowiło jedyny "dowód" i źródło wiedzy na jej temat. Jako przyczynę śmierci stwierdzono tam atak serca w wyniku "krańcowych zmian miażdżycowych". Jak opisano wyżej, praktycznie wszystkie okoliczności sekcji zwłok (jej dwudniowe opóźnienie, wyeliminowanie niezależnych lekarzy, nieprzeprowadzenie badań toksykologicznych, doprowadzenie do zniszczenia jedynych pobranych próbek, itp.) obarczone były rażącymi nieprawidłowościami lub zaniechaniami, co trudno uznać za dzieło przypadku - szczególnie w obliczu śmierci o również tak niejasnych okolicznościach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wynik tej sekcji - zleconej przez szefa SB w celu "zapobieżenia możliwości wykorzystania faktu śmierci przez opozycję i zachodnie mass media do zdyskredytowania władz PRL i organów ścigania" (a więc innymi słowy: zanegowania możliwości oskarżenia władz o spowodowanie śmieci) po prostu wypełniał to zlecenie.

Sama sekcja zwłok trwała niewytłumaczalnie długo - od rana do godzin wieczornych. Oczekującym na zwrot ciała i żądającym informacji działaczom "Solidarności" oświadczono lakonicznie, że w trakcie sekcji zabrudzono ubranie zmarłego, w związku z czym zaszła konieczność jego wyprania. Co faktycznie przez cały dzień robiono z ciałem skoro przeprowadzono jedynie rutynowe badania, a w świetle zeznań patomorfolog stwierdzone zmiany były rzekomo tak oczywiste i jednoznaczne, że nie wymagały żadnych ponadstandardowych czynności - nie wiadomo.



Działania dezinformacyjne SB na temat przyczyn śmierci

Funkcjonariusze radomskiej SB zostali skierowani do odbywania rozmów z mieszkańcami Radomia w celu szerzenia dezinformacji na temat przyczyn śmierci Jacka Jerza. W przedstawionej poniżej notatce służbowej podporucznik Wydziału III SB raportuje, że wśród prywatnych przedsiębiorców rozgłaszał informację, że J. Jerz zmarł z powodu "guza w głowie", co przyjęto jako "zjadł go rak". Inną z rozgłaszanych rzekomych przyczyn (także w oficjalnej dokumentacji SB) było, że "w dniu śmierci dowiedział się, że stracił pracę" (oraz że "po powrocie do domu poinformował domowników, że otrzymał wymówienie z pracy i jest bardzo zmęczony") co rzekomo mogłoby przyczynić się do ataku serca. Było to oczywiste kłamstwo, gdyż J. Jerz wypowiedzenie pracy otrzymał w grudniu 1982 r. (a w dniu jego śmierci kończył się miesięczny okres wypowiedzenia), a zatem on i cała rodzina o zakończeniu pracy z końcem stycznia 1983 r. wiedzieli od ponad miesiąca. W różnych środowiskach rozgłaszano różne fałszywe i wzajemnie sprzeczne przyczyny śmierci siejąc w ten sposób zamęt i odwracając uwagę od powszechnie krążących pogłosek o otruciu.



Natychmiastowe przekazanie SOR "Obrońcy" do zamknięcia i archiwizacji z polecenia Departamentu III MSW

Już nad ranem po śmierci Jacka Jerza (a więc zaledwie kilka godzin po niej) prowadzenie całej Sprawy Operacyjnego Rozpracowania "Obrońcy" (skierowanej przeciwko Komitetowi Obrony Więzionych za Przekonania, którego Radom był od listopada 1981 r. centralną siedzibą) Naczelnik Wydziału III radomskiej SB przekazał innemu, niższemu rangą oficerowi SB - tak jakby główny cel tej sprawy został właśnie osiągnięty i nie było już potrzeby dalszego angażowania w nią doświadczonej kadry. Taki pośpiech zadziwia, gdyż nie była to sprawa prowadzona wyłącznie przeciwko J. Jerzowi lecz całemu aktywowi KOWzP, a SB nie mogła wówczas mieć gwarancji, że - szczególnie w obliczu śmierci J. Jerza - inni działacze KOWzP nie podejmą działalności. Ewidentnie, dążono do jak najszybszego zamknięcia i złożenia do archiwum akt tej sprawy, a w przypadku ewentualnej dalszej działalności KOWzP założenia nowej.


Po przejęciu sprawy, nowy prowadzący skupił się już wyłącznie na sporządzeniu raportu zamykającego SOR "Obrońcy", który przesłano do MSW a sprawę definitywnie zakończono (jak zaznaczono w raporcie - zgodnie z wytycznymi Departamentu III MSW) już w kwietniu 1983 r.

Akta SOR "Obrońcy" niezwłocznie złożono do archiwum z zakazem ich udostępniania wszelkim innym jednostkom bez osobistej zgody Naczelnika Wydziału III SB (zakaz ten został dodatkowo odręcznie podkreślony długopisem przez podpisanego pod raportem Naczelnika Wydziału III, co wskazuje, że miało to szczególną wagę) - oznacza to, że nadal zawierały one wówczas (najwyraźniej "wybrakowane" w późniejszym okresie) informacje o przeprowadzonych działaniach o charakterze specjalnym i tajnym. W raporcie końcowym sprawy przekazanym do MSW w kwietniu 1983 r. zapisano wprost, że "skuteczne sparaliżowanie przeciwnika w głównej mierze zależało w tej sprawie od zastosowania niekonwencjonalnych rozwiązań operacyjnych" - obecnie brak jest w tych aktach dokumentów opisujących takie niekonwencjonalne działania operacyjne, które można by powiązać ze "skutecznym sparaliżowaniem przeciwnika", a zatem musiały zostać z niej usunięte.


W grudniu 1983 r. Naczelnik radomskiego Wydziału Śledczego wypożyczył z Prokuratury Rejonowej akta postępowania wyjaśniającego w sprawie śmierci J. Jerza (w tym zawartą w nich dokumentację sekcji zwłok), powołując się w piśmie na konieczność przekazania do archiwum akt dotyczących J. Jerza. Wypożyczone dokumenty zostały zwrócone do Prokuratury już po paru godzinach (jeszcze tego samego dnia) - być może to właśnie wtedy przeprowadzono "czyszczenie" dokumentacji.




Zeznania byłego funkcjonariusza radomskiej SB

W prowadzonej w radomskiej Prokuraturze IPN sprawie dotyczącej kombinacji operacyjnej polegającej na próbie podania przez radomską SB śp. Annie Walentynowicz środka farmakologicznego o kryptonimie "Furosemid" zeznania złożył były funkcjonariusz radomskiej SB. Ujawnił on, że według jego wiedzy radomska SB na początku lat '80 posiadała takie plany wobec trzech osób: Anny Walentynowicz, Jacka Kuronia oraz jednego z czołowych działaczy radomskiej "Solidarności".

Choć postacie te z pozoru wydają się nie mieć ze sobą związku, w rzeczywistości łączy je osoba opisanego wcześniej tajnego współpracownika SB, z którym - jak poinformował Prokuratora IPN były radomski działacz "Solidarności" i KSS KOR - J. Jerz spotkał się bezpośrednio przed swoją nagłą śmiercią. Osoba ta była w bliskich - niemal rodzinnych - relacjach z Anną Walentynowicz, zaś tajemnicą poliszynela wśród radomskich działaczy było, że z Jackiem Kuroniem łączyły tę osobę relacje "prywatne". Z kolei Jacka Jerza dobrze znała ze wspólnej długotrwałej działalności w radomskim Zarządzie Regionu "Solidarności". Taki dobór osób przy planowaniu tych działań nie był więc przypadkowy, lecz ewidentnie oparty na możliwości dotarcia do nich przez osobę im znaną i zaufaną.

Niestety, dalszych zeznań tego świadka nie uda się już uzyskać gdyż wkrótce po ich złożeniu zmarł.



Podsumowanie

W świetle zgromadzonych na obecną chwilę ustaleń, dokumentów i zeznań świadków, łańcuch wydarzeń kończących się nagłą śmiercią Jacka Jerza wyglądał następująco:

  • Do połowy listopada 1982 r. każdorazowo kategorycznie zalecano jego dalsze odosobnienie. Gdyby nawet należało zwolnić internowanych (np. ze względu na zawieszenie stanu wojennego) wobec J. Jerza równolegle prowadzone było przez Prokuraturę Wojskową postępowanie karne i postawione zostały zarzuty zagrożone wieloletnim więzieniem, co w każdej chwili umożliwiało zastosowanie aresztu jako środka zapobiegawczego.
  • W połowie listopada 1982 r. miała miejsce rozmowa telefoniczna Naczelnika Wydziału II Departamentu III MSW z szefostwem radomskiej SB dotycząca J. Jerza.
  • Natychmiast po tej rozmowie nastąpiła nagła zmiana stanowiska - zaczęto pilnie dążyć do jego zwolnienia z internowania. Już 16-17.11.1982 r. opracowano i wysłano do MSW pierwszą notatkę służbową wnioskującą o zwolnienie, a w ciągu kolejnych dwóch tygodni powstały jeszcze dwie notatki z takim wnioskiem.
  • Widoczny jest duży pośpiech - do wielokrotnie sporządzanych wcześniej skrajnie negatywnych opinii na temat postawy J. Jerza i jego woli dalszej działalności (które do tej pory kończyły się każdorazowo zaleceniem dalszego internowania) dopisano jedynie zalecenie zwolnienia z internowania, które uzasadniono fałszywymi powodami (w każdej z notatek innymi) - rzekomego "bardzo złego stanu fizycznego i psychicznego", następnie "odnawiającej się choroby polipów nosa", a wreszcie "braku materiałów do wszczęcia postępowania karnego" (które w rzeczywistości było od dawna w toku i postawiono już w nim ciężkie zarzuty).
  • Pośpiech i pilność zwolnienia widoczne są również w decyzji szefa SB w Radomiu akceptującej wniosek o zwolnienie, gdzie wielokrotnie podkreślił słowo "konieczność" (zwolnienia z internowania).
  • Akceptując wniosek o zwolnienie, szef SB w Radomiu jednocześnie rozkazał Wydziałowi III SB "przygotowanie przedsięwzięcia specjalnego zleconego nacz. Wydz. III około 2 tygodnie temu". Taki termin zlecenia tego przedsięwzięcia ("około 2 tygodnie temu") oznacza, że miało to miejsce zaraz po rozmowie telefonicznej szefa radomskiej SB z kierownictwem Departamentu III MSW, po której nagle zaczęto dążyć do zwolnienia J. Jerza. Owo "przedsięwzięcie specjalne" zlecono więc równolegle z podjęciem kroków mających na celu zwolnienie J. Jerza, a zatem dążono do zwolnienia go z internowania po to właśnie, by na wolności przeprowadzić wobec niego owo zlecone już "przedsięwzięcie specjalne".
  • W dniu swojej śmierci, od chwili wyjścia z zakładu pracy w Kielcach, Jacek Jerz był bardzo intensywnie śledzony. Jak sam zdążył jeszcze zrelacjonować rodzinie po powrocie do domu: "SB pilnowała go jak nigdy wcześniej". Ewidentnie, w tym dniu SB szczególnie zależało by wiedzieć kiedy wsiądzie do pociągu i kiedy dojedzie do Radomia. Pociąg był opóźniony, więc J. Jerz przyjechał do Radomia później niż zwykle, prawdopodobnie ok. godziny 18:00, zaś do domu dotarł dopiero około godz. 19:30, choć droga z dworca PKP do domu zajmowała około 15-20 minut. Zapytany przez żonę o powód tak późnego powrotu poinformował o opóźnieniu pociągu oraz że "wstąpił jeszcze na herbatę".
  • Były działacz radomskiej "Solidarności" i KOR poinformował Prokuraturę IPN, że po przyjeździe do Radomia Jacek Jerz spotkał na radomskim dworcu PKP (wskazanego przez świadka z imienia i nazwiska) tajnego współpracownika Wydziału III SB działającego w radomskiej "Solidarności" i wypił z nim herbatę, po czym zdążył już tylko wrócić do domu, gdzie po około pół godziny osunął się na podłogę, stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Wydział III to ten, któremu szef radomskiej SB zlecił przeprowadzenie przeciwko J. Jerzowi "przedsięwzięcia specjalnego", zaś ów tajny współpracownik to ten sam, który występował wcześniej w sprawie próby podania śp. Annie Walentynowicz rozpuszczonego w herbacie środka o kryptonimie "Furosemid" (tę kombinację operacyjną również realizował Wydział III). Nagła śmierć J. Jerza nastąpiła więc około 1 godziny po opisanym przez świadka spotkaniu, na którym wg jego zeznań poczęstowany został herbatą. Napotkanie tego tajnego współpracownika bezpośrednio po wyjściu z pociągu na dworcu PKP, w obliczu tak intensywnej inwigilacji przez SB na terenie Kielc, sugeruje, że spotkanie to zostało precyzyjnie zaaranżowane.
  • Przesłuchany przez Prokuratora IPN w 2018 r. w charakterze świadka na okoliczność tego spotkania ów tajny współpracownik SB zasłonił się niepamięcią we wszystkich tych kwestiach, które mogłyby go wiązać ze śmiercią J. Jerza. Nie pamiętał nie tylko faktu tego spotkania (choć nie zaprzeczył, że miało miejsce), ale nawet tego czy współpracował z SB (przez blisko 14 lat). Pamiętał natomiast wszystkie osoby i wydarzenia związane ze swoją działalnością w "Solidarności" w tym okresie (a więc ukazujące go jako działacza, a nie agenta SB), w tym takie szczegóły, że gdy zmarł Jacek Jerz "było zimno na dworze".
  • Reanimacja J. Jerza została podjęta natychmiast - wezwani telefonicznie mieszkający w tym samym bloku dwaj znani radomscy lekarze przybiegli i rozpoczęli walkę o jego życie w ciagu zaledwie kilku minut. Jednocześnie wezwana została reanimacyjna karetka pogotowia, której załoga przejęła później akcję reanimacyjną przy użyciu specjalistycznego sprzętu (intubacja, defibrylacja, środki farmakologiczne). Jak opisywał to później dr Andrzej Urbanowicz, śmierć była ZBYT nagła w stosunku do okoliczności, żadne z działań reanimacyjnych nie przyniosły jakiejkolwiek - nawet chwilowej - poprawy, a organizm zachowywał się jakby był ciężko zatruty, negatywnie reagując na podawane środki farmakologiczne. Po ponad dwóch godzinach nieustannej reanimacji, bez żadnych rezultatów, o godz. 22:00 lekarz pogotowia orzekł zgon.
  • Po śmierci (przez co najmniej kilkanaście godzin, do czasu zabrania ciała przez zakład pogrzebowy) rodzina obserwowała wydzielanie się z nosa i kącików ust zmarłego obfitej ilości nietypowej białawej substancji, którą trzeba było systematycznie wycierać chusteczką.
  • Przybyły na miejsce zgonu Prokurator Rejonowy - wbrew wielokrotnym żądaniom rodziny i działaczy "Solidarności" - kategorycznie odmówił sekcji zwłok. Decyzję tę zmieniono następnego dnia, zaś samą sekcję zwłok wykonano dopiero w dniu 2.01.1983 r., tj. z dwudniowym opóźnieniem.
  • Do sekcji zwłok nie dopuszczono żadnego z lekarzy zgłaszanych przez rodzinę i "Solidarność" (nawet jako obserwatora), odsunięto również od niej szanowanego i obdarzanego zaufaniem radomskiego patomorfologa dr Fundowicza, który wówczas rutynowo wykonywał w Radomiu większość badań sekcyjnych i wyrażał gotowość wzięcia udziału w tej sekcji zwłok. Przeprowadził ją wyselekcjonowany przez władze skład, prawdopodobnie pod kierownictwem lub nadzorem funkcjonariuszy MSW, gdyż oczekujący pod prosektorium na zwrot zwłok działacze "Solidarności" widzieli tam w trakcie sekcji osoby w mundurach MSW z narzuconymi białymi kitlami.
  • W trakcie sekcji zwłok nie wykonano żadnych badań toksykologicznych, mimo że zarządzona została w obliczu powszechnych pogłosek o otruciu. Zeznając przed Prokuratorem IPN, podpisana pod wynikami sekcji patomorfolog tłumaczyła to tym, że w przeprowadzonych oględzinach zwłok "nic nie wskazywało na podejrzenie otrucia". Stwierdzenie to zanegował w swojej opinii powołany przez Prokuratora IPN biegły sądowy patomorfolog oświadczając, że w przypadku podania takich środków jak "Furosemid" - nawet w dużych dawkach - nie występują żadne charakterystyczne zmiany morfologiczne dające się zauważyć w badaniu sekcyjnym i mikroskopowym, a zatem jedynie przeprowadzenie badania toksykologicznego może potwierdzić lub zanegować obecność takich substancji w organizmie. Nie można zatem zaniechać badania toksykologicznego z powodu rzekomego "braku oznak" gdyż takowe po podaniu tego typu środków nie występują.
  • Pobrane rutynowo (wymagane prawem) próbki krwi i moczu na obecność alkoholu przetrzymywano przed wysłaniem do badania tak długo, że po ich otrzymaniu w dniu 24.02.1983 r. (tj. po 22 dniach od sekcji i 24 dniach od śmierci) Pracownia Trucizn Lotnych Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie stwierdziła ich stadium posuniętego rozkładu gnilnego. Zniszczono w ten sposób - przed ich zbadaniem - jedyne pobrane próbki, a więc jedyne potencjalne dowody.
  • Sekcja zwłok trwała niemal cały dzień - ciało zwrócono dopiero wieczorem. Wytłumaczono to rzekomym zabrudzeniem ubioru zmarłego i koniecznością jego wyprania. Zważywszy na brak badań toksykologicznych i przeprowadzenie jedynie rutynowych czynności - nie jest wiadome co przez tyle godzin robiono z ciałem.
  • Wobec braku badań toksykologicznych i doprowadzenia pobranych rutynowo próbek płynów ustrojowych do posuniętego rozkładu gnilnego przed ich zbadaniem, stworzono sytuację, że nie było żadnych dowodów podlegających zewnętrznym badaniom. Jedynym "dowodem" stał się więc protokół z sekcji przeprowadzonej przez dobrany przez władze zespół. Jako przyczynę śmierci wpisano w nim atak serca w wyniku krańcowych zmian miażdżycowych.
  • Radomska SB w tym samym czasie przeprowadziła operację dezinformacji co do przyczyn śmierci - funkcjonariuszy SB skierowano do prowadzenia rozmów w różnych środowiskach społecznych i zawodowych, w trakcie których podawano różne, fałszywe "powody" śmierci J. Jerza, siejąc w ten sposób zamęt i odwracając uwagę od powszechnych pogłosek o otruciu. W zachowanych notatkach służbowych funkcjonariusze Wydziału III SB raportowali, że np. w środowisku "prywatnej inicjatywy" rozgłaszali, że "Jerz miał guza w głowie" i "zjadł go rak", albo że "dowiedział się w tym dniu o utracie pracy" (co rzekomo mogłoby być powodem ataku serca), podczas gdy w rzeczywistości wypowiedzenie (z miesięcznym okresem wymówienia) otrzymał w grudniu 1982 r., a zatem o zakończeniu pracy z dniem 31.01.1983 r. on i cała jego rodzina wiedzieli od ponad miesiąca.
  • Już kilka godzin po śmierci J. Jerza, rankiem następnego dnia, całą Sprawę Operacyjnego Rozpracowania "Obrońcy" (prowadzoną przeciwko działalności Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania) przekazano do prowadzenia innemu, niższej rangi oficerowi, który skupił się już tylko na jej zamknięciu (jak sam napisał: zgodnie z wytycznymi Departamentu III MSW) i opracowaniu raportu końcowego, co nastąpiło już w kwietniu 1983 r. W raporcie tym podkreślono, że "skuteczne sparaliżowanie przeciwnika w głównej mierze zależało w tej sprawie od zastosowania niekonwencjonalnych działań operacyjnych". Tak szybkie zamknięcie sprawy (z polecenia Departamentu III MSW), mimo, że w tak krótkim okresie nie mogło być pewności że po śmierci J. Jerza inni działacze KOWzP nie podejmą na nowo działalności, świadczy o tym, że sprawę tę chciano jak najszybciej zarchiwizować. Akta sprawy zostały niezwłocznie złożone w archiwum z zakazem ich udostępniania innym jednostkom bez zgody Naczelnika Wydziału III (zakaz ten został w dokumencie dodatkowo odręcznie podkreślony długopisem przez Naczelnika Wydziału III, co wskazuje, że było to szczególnie istotne) - najwyraźniej zawierały one wówczas jeszcze zapisy przeprowadzonych działań o charakterze specjalnym i tajnym, które później skrupulatnie "wybrakowano".
  • W latach dwutysięcznych w sprawie dotyczącej kombinacji operacyjnej polegającej na próbie podania przez tajnego współpracownika Wydziału III radomskiej SB śp. Annie Walentynowicz środka farmakologicznego o kryptonimie "Furosemid" zeznania w Prokuraturze IPN złożył były funkcjonariusz radomskiej SB. Zeznał on, że według jego wiedzy radomska SB posiadała takie plany wobec trzech osób: Anny Walentynowicz, Jacka Kuronia, oraz jednego z czołowych działaczy "Solidarności" z Radomia. Osoby te - z pozoru ze sobą niezwiązane - łączy postać owego tajnego współpracownika: był on w bliskich relacjach z Anną Walentynowicz (którą wielokrotnie gościł w swoim domu), z Jackiem Kuroniem łączyły tę osobę relacje prywatne, zaś Jacka Jerza znała z długotrwałej wspólnej działalności w Zarządzie Regionu "Solidarności". Jak zeznał radomski działacz "Solidarności" i KOR, to właśnie tego tajnego współpracownika J. Jerz miał spotkać bezpośrednio przed swoją śmiercią i wypić z nim herbatę, umierając nagle zaledwie około godziny później. Niestety, dalszych zeznań od tego byłego funkcjonariusza SB nie uda się już uzyskać gdyż zmarł on wkrótce po ich złożeniu.